Skocz do zawartości

Benji93

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    7
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

0

O Benji93

Informacje o profilu

  • Model
    Opel Corsa B
  • Silnik
    X14XE 1.4 16V 90KM
  • Nadwozie
    Atlanta 3D
  • Posiadasz LPG
    TAK
  1. Trochę mi to zeszło ale mam za to więcej informacji UPDATE 1) Nie syczy w komorze silnika a syczy pod autem. Byłem na stacji kontroli pojazdów i mechanik zasugerował "zamarźnięty układ wydechowy / katalizator do wymiany" bo wg. niego to by tłumaczyło spadek mocy i syczenie. Chce 100zł za ogrzanie palnikiem. Mogę zrobić to sam? Gdzie grzać? 2) Dla pewności podpiąłem pod kompa zaraz po w.w. stytuacji i komputer nic nie zgłasza. 3) Co do lewego powietrza to ciągnie i nie ciągnie Ciągnie bo: na chłopski rozum to wziąłem. Zatkałem dolot powietrza szczelnie i auto nie zgasło. Nie jestem obeznany w mechanice auta ale wydaje mi się, że gdyby nie było innego źródła powietrza niż dolot to by auto... zgasło? Nie ciągnie bo: kupiłem samostart i wypsikałem dwie puszki w różnych warunkach, w różnych kątach i w różnych temperaturach silnika by sprawdzić czy gdzieś bierze na lewo (znów chłopski rozum; jak zassa to podskoczą obroty)- nic nie zaskoczyło. Jedyna reakcja to jak przy dolocie popsikałem (obok lub prosto w dolot) to auto przygasało 4) Aktualna bo sprzed sekundy. Nie wiem na ile to jest zgodne z tym co faktycznie zaszło pod maską, a tym co mi się wydaje ale... Jechałem dziś jak zawsze na uczelnie 30km w jedną stronę. Jeździłem na tej trasie kilka razy od ostatniego postu. Po ok. 30min jazdy (jakieś 17km z miasta do miasta) gdy chciałem wyprzedzać usłyszałem coś jakby... wybuch petardy typu korsarz w kałuży. Coś jakby chlapnęło wodą ale przy pomocy większej siły. Autem szarpnęło i zapaliła się kontrolka od silnika i do momentu aż nie zgasiłem auta to się tak świeciła. Gdy dojechałem do celu postawiłem auto na małym wzniesieniu tak że silnik był znacznie wyżej niż wydech i tu obserwacja: rura wydechowa jest sucha (pomimo że pada deszcz), ale z jej środka jakaś ciecz się wylewa. Czy to jest ta rozmrożona woda, która zamarzła i była zasugerowana w pkt. 1 czy to już bardziej mój brak pojęcia i kojarzenie faktów na siłę [paranoja ]? Ogólnie: auto nadal jest bez mocy, teraz z kontrolką silnika... nie mam obecnie czasu na to by jechać na stację diagnostyczną więc zrobię sam auto-test tylko "wypikiwane" kody są dla mnie nie zrozumiałe pomimo, że posiadam całą instrukcję jak robic auto-diagnostykę i jak odczytywać kody
  2. @Gawlak Nie słyszał naprawiam komputery, nie samochody toteż nie znam się za bardzo w tych sprawach... dlatego narozrabiałem z uszczelniaczem @adam1954 poczekam, aż nastanie dzień i sprawdzę
  3. Witam! W moim aucie wystąpiła dziwna anomalia i nim dam się wydymać mechanikowi to chciałbym poznać Waszą opinię na ten temat : SMILE : sprawdziłem forum pod tym kątem ale nie było tematu o tym problemie tylko podobne jednak nienoszące znamion mojego problemu opis problemu: Wciśnięcie pedału gazu powoduje, że coś syczy pod maską. Gdybym miał określić dokładniej to po syczy pod maską od strony pasażera. Co więcej, auto straciło na mocy. Jeszcze kilka dni temu 6000+ RPM na 5 biegu i 180km/h nie było problemem, teraz gaz do dechy na piątce i max 4500RPM oraz 140km/h. Czy dzieje się coś jeszcze? Tak, ale w wąskim spojrzeniu; gdy silnik jest zimny to po odpaleniu obroty rosną do 1500RPM (gdy mam wciśnięte sprzęgło, bez sprzęgła 1200/1300RPM) ale po ok. minucie wraca do normy czyli poniżej 1000RPM na jałowym. Ale to jest wąskie spojrzenie bo dzieje się to tylko przy niskich temperaturach (obserwacja obecna zima i zeszłoroczna), latem nic z tych rzeczy. Kiedy to się zaszło? Musiało to być kilka dni temu ale jak długo? Pojęcia nie mam. Syczenie odkryłem przypadkiem gdy ściszyłem radio by odebrać telefon, a spadek mocy chwilę później gdy wjechałem na autostradę i próbowałem wyprzedzić auto przede mną. Gdy były te mrozy, ze 2 tyg temu, to auto stało ponad 3 dni nie używane. Miało lekki problem z odpaleniem ale odpaliło za pierwszym razem. Uprzedzając pytania i uzupełniając zajście: - nie święcą mi się żadne kontrolki (poza odpalaniem samochodu) - nie zdarzyło to się wcześniej - poza rosnącymi obrotami przy odpaleniu zimnego silnika to chodzi on równo i nie faluje - tydzień temu rozłączałem akumulator bo przestało nagle działać radio i wyświetlał się napis "panel" - zauważyłem ubytek płynu chłodniczego w zbiorniczku; dolałem litr + uszczelniacz do chłodnic - ktoś mi zasugerował brudne wtryski więc dolałem do benzyny środek oczyszczający wtryski - silnik 1.4 Benzyna 66kW/90KM ECOTEC, bez LPG To chyba wszystko : SMILE : czekam na Wasze sugestie i ewentualne instrukcje co mogę sam zrobić nim udam się do mechanika i zlecę jemu naprawę. Za każdą pomoc będę wdzięczny! Pozdrawiam : SMILE :
  4. W takim razie musiałbym się udać do mechanika i zapytać bo jak na razie to mam same przypuszczenia. Chyba, że to wystarczy
  5. Na oględziny pojechał ze mną mechanik A oraz jego ojciec, który też jest mechanikiem ale bardziej A zabierał głos. Wskazał kilka rzeczy do zrobienia (choćby rozrząd) ale nie jechaliśmy na stacje kontroli pojazdów więc wszystko co dało radę dojrzeć zostało wytknięte. Obaj określili silnik jako "zegareczek", a nawet ja - ten bez pojęcia - wiedziałem że silnik jest ok. Z tego co słyszałem sprzęgło może zawodzić przy 200 000km, a ja mam najechane 125 000km (jak wcześniej pisałem, nie mam pewności co do oryginalności przebiegu). Możecie mi nie uwierzyć ale klocki i tarcze były oryginalne... w sensie, że fabryczne. Więc jak to walnęło to wcale nie byłem zdziwiony. Co do zakupu auta: musiałbym być idiotą żeby myśleć, że auto które ma 18 lat będzie nie zawodne. Liczyłem się z tym ale w tym przypadku myślę, że to jest kilka rzeczy na raz i na moją studencką kieszeń to jest bardzo dużo! Dla mnie część tania to 50zł, ale tutaj się żydek zainstalowany gdzieś tam w głębi duszy odzywa Nie wiem jak mam rozumieć słowa "coś robię". Jeśli robisz to Ty sam to Ci tego zazdroszczę! Szczerze bo gdybym umiał coś zrobić przy aucie to nie miałbym takiego "bólu dupy" jak mam teraz. Chyba wolałbym wydawać kasę na lepsze części i robić samemu niż jeździć po Mietkach, którzy widzą we mnie zarobek więc robią to tak żebym przyjechał za tydzień i utopił znów kasę. Wiem, że wiek zrobił swoje. Większość części jest fabryczna dlatego będzie się sypać. Kluczowe pytanie czy jest sens to robić? Co do uzewnętrzniania... jak już wspomniałem jestem studentem i mieszkam przy Wrocławiu. Muszę codziennie dojeżdżać, a nie stać nas na posiadanie dwóch aut dlatego jak auto jest u mechanika to ja mam problemy z komunikacją, a i są jeszcze inni użytkownicy, którzy potrzebują auta. Sprzedać puki co nie mogę bo o ile jest opcja naprawy to ma być naprawione (dlatego żeby odjąć sobie problemu chciałbym naprawę za 2000zł i miałbym z głowy; auto do sprzedania w takim stanie jakim jest, dokładka i kupić coś innego). A co do hondy... słowo przeciwko słowu. Nasłuchałem się tyle dobrego o hondach i tyle złego, że nie wiem co myśleć mam Majonezu nie ma- sprawdzałem. W sumie wymiana silnika to super koszt: 700zł za silnik, 100zł transport i pewnie z 500zł dla Mietka jeszcze się odniosę do tej uszczelki pod głowicą. Poprosiłem o opinię wujka i powiedział, że gdyby coś takiego było to i byłby majonez i na bagnecie byłaby woda. Po sprawdzeniu nie było. Pytam każdego o zdanie bo prawda leży po środku więc im więcej opinii tym krąg podejrzanych się zawęża
  6. Dziękuję za tyle odpowiedzi! Bałem się, że nikt nie zabierze głosu w tej sprawie Hmmmm... Istotnie mechanik C podczas oddawania auta i ogarniania kontrolki "check engine" zauważył niski stan płynu chłodniczego (tutaj dałem ciała bo to w sumie jedyny płyn, którego nie kontrolowałem...). Silnik na bank był przegrzany; zakres temperatur jaki mam na desce rozdzielczej to 90-100*C i wystarczy przejazd przez Wrocław o 16 by wskazówka lądowała poza 100*C i za chwilę, przy pomocy wentylatora wracała na 95*C. Czy "spocony" silnik może być wynikiem uszkodzonej uszczelki pod głowicą? Czy trudno jest samemu wymienić taką uszczelkę? No i pytanie o mierzenie ciśnienia na cylindrach: samemu da radę czy powinien się zająć tym fachowiec? Masa pomiędzy akumulatorem i nadwoziem była poprawiana; odtłuściłem i przykręciłem na nowo bo klakson momentami nie działał. Co do kabla akumulator-silnik to ciężko powiedzieć. Tyle co z samoukiem A zobaczyliśmy na kanale to wyszło, że i ten jest dobry... A wybierając się do kogoś, kto zna się na akumulatorach to o co pytać dokładnie? Na pozostałe dwa posty odpowiem wieczorem jak tylko wrócę z pracy
  7. Witam! Poniżej opiszę swoją historię związaną z posiadanym przeze mnie autem [BARDZO CHOLERNIE DUŻO CZYTANIA]. Mam bardzo wielkie problemy przez co będę starał się opisywać wszystko w miarę szczegółowo i wyczerpująco by nie pozostawić wątpliwości. Z góry uprzedzam, że moje pojęcie o mechanice samochodowej, częściach i istocie działania jest zerowe dlatego wszelkie odpowiedzi w sprawach technicznych proszę pisać łopatologicznie tak by oszczędzić nerwów mi, a przede wszystkim Wam : SMILE : Myślę, że kluczowe będzie wprowadzenie jakie mam auto: Opel Corsa B 97' Silnik 1,4 16V (90KM) X14XE w benzynie i bez LPG Obecny przebieg: 125 073km (nie weryfikowany, odczyt z deski rozdzielczej- nie mam podstaw by myśleć, że kręcona) Historia pojazdu z mojej perspektywy: Sierpień 2014 Pod koniec sierpnia 2014 roku odkupiłem w.w. auto od prywatnej osoby. Z relacji poprzedniego właściciela wynika, że auto kupił w Niemczech i tam go użytkował przez pewien czas. W 2008 auto przyjechało do Polski i tu zostało zarejestrowane. Auto użytkowała matka sprzedającego. Wydaje mi się, że auto do Polski przyjechało z przebiegiem ok 98 000km (droga dedukcji). W marcu 2014 roku auto miało przejechane ponad 113 000km (dane z historiapojazdu.gov.pl), w dniu sprzedaży miało stan licznika ponad 115 000km. To dowodzi słów, że auto po przyjeździe do Polski było mało użytkowane. Stan techniczny auta na owy dzień był (jak dla mnie) bardzo dobry. Autko ładnie pracowało, odpalało za pierwszym razem i nie było wahnięć obrotów. To co miało działać działało, a to co nie powinno się świecić nie świeciło. Od poprzedniego właściciela dostałem polecenie by zmienić rozrząd przy 120 000km oraz olej przy 116 000km. Wrzesień 2014 Po kilku dniach użytkowania podjąłem decyzję, że zmienię rozrząd już teraz. Znajomy mechanik A kupił nową część (Ruville) i zamontował + nakleił naklejkę że wymiana we wrześniu 2016 lub po przejechaniu 175 000km. Niestety nie pamiętam ile zapłaciłem za tę przyjemność; wersja I: 300zł wersja II: 550zł ( w obu wersjach ceny to część + robocizna). Styczeń 2015 Wtedy miała miejsce większa awaria- padły hamulce. Gdy byłem rozpędzony (ponad 100km/h) okazało się, że pedał hamulca się zapada do podłogi ale nic nie hamuje. Hamulec złapał jak bardzo mocno docisnąłem pedał do podłogi. Następnie nogą podciągnąłem pedał do góry po czym znów wcisnąłem, ale tym razem złapał na "właściwym poziomie". Po przejechaniu ok 1km sytuacja znów się powtórzyła. Zajazd pod dom. Auto zgaszone. Kontakt z mechanikiem A i auto na warsztat. Diagnoza- cylindry przy hamulcach do wymiany (część oryginalna, nie zmieniana od produkcji). Przyjemność łącznie kosztowała 120zł. Luty 2015 Uparłem się i z własnej woli oddałem auto do mechanika A by wymienił mi klocki hamulcowe i podciągnął linkę ręcznego. Całość: 150zł Marzec 2015 (CYRK!) 6 Marca: przegląd okresowy samochodu. Na moje życzenie zostały sprawdzone spaliny w aucie bo zacząłem szukać przyczyn wysokiego spalania. Opinia diagnosty: górna granica normy. Niestety nie mam kopii wyników, a pamięć nie jest aż tak dobra. 12 Marca: wypuściłem się na dłuższą trasę (150km w jedną stronę). Już tego dnia słyszałem dziwne dźwięki dobiegające spod maski. Przy wciskaniu sprzęgła słyszałem coś na kształt wody przepływającej pod dużym ciśnieniem przez rurę. Nie było to głośne i słyszalne tylko przy wyłączonym radiu. Po osiągnięciu celu 3h postój i dalej w drogę, po 60km kolejny postój (1,5h). Po ponownym odpaleniu zaczęły się problemy ze sprzęgłem. Biegi ciężko wchodziły, a przy wstecznym słychać było jak dwa metalowe elementy ocierają się o siebie. Pomagało wtedy wrzucenie na luz jedynka luz wsteczny (i wtedy wchodziło jak zwykle). Wcześniej wspomniany dźwięk się nasilił ale dalej nie był uciążliwy. Po kolejnych 60km zaczęły się lekkie piski spod maski. Zjazd na parking i szybka diagnoza, że wciśnięcie sprzęgła czasem powoduje pisk (nigdy się to nie zdarzyło). Kontakt do mechanika A i potwierdzenie z jego strony że coś przy sprzęgle się dzieje i najprawdopodobniej łożysko oporowe. Pozwolił mi dalej jechać ale zaznaczył, że będzie tylko gorzej. Świadom tego rozpocząłem podróż do domu. Na trasie piski się prawie nie pojawiały bo prawie sprzęgła nie używałem (zrezygnowałem nawet z hamowania silnikiem co robię bardzo często), niestety wjazd do Wrocławia to zmienił. Masa świateł i na każdych niestety musiałem stać. Wtedy też piski stały się częstsze i głośniejsze no i przestała wchodzić jedynka, a wsteczny ta sama historia co wcześniej... Skorzystałem z okazji, że we Wrocławiu był akurat mój przyjaciel Samouk A to pojechałem spotkać się z nim. Podczas oględzin zgasił auto przez co bałem się że już nie odpalę. Częściowo miałem rację; auto odpalało ale z wielkim trudem. Tak jakby coś bardzo mocno ocierało się o siebie (pewnie rozrusznik, ale jak mówiłem: nie znam się). Fakt jest taki, że coś się blokowało przy zapłonie (nie ważne czy miałem wciśnięte sprzęgło przy odpalaniu czy nie) ale jak zakręciło to już działało. Z piszczącym wstecznym zajechałem do domu i zostawiłem tam auto w spokoju. 13 Marca: udałem się na oględziny do mechanika A. Krótki rzut okiem i potwierdzenie diagnozy danej przez telefon- łożysko oporowe. Poinformował mnie o potencjalnych kosztach: - łożysko oporowe 50zł (część) ale zaznaczył, że lepiej wymienić mi całe sprzęgło bo kwestia czasu że przyjadę z dociskiem/tarczą do naprawy. Wtedy koszta oszacował na: - sprzęgło komplet (łożysko, docisk, tarcza) - od 250zł wzwyż - robota 350zł dodał też, że mimo szczerych chęci to tego nie zrobi bo w ciągu kilka dni wyjeżdża za granicę na długi czas i dał mi kontakt do kogoś kto mógłby się tym zająć. Rozpocząłem poszukiwania. Każdy mechanik, czy to ze wsi czy z mojego małego miasta za robotę życzył sobie 350zł, a części były w zakresie 250zł-400zł + mogłem sam coś innego znaleźć i im dać to tylko koszta roboty. 16 Marca: Poszukiwania mechanika nadal trwają. Po obdzwonieniu lokalnych mechaników zadzwoniłem do rodziny i od wujka dostałem kontakt do mechanika B, u którego serwisował swoje auta. Facet mu się spodobał bo konkretny, trzyma się ceny i terminów + jak coś spierdzieli to do tego się przyzna i naprawi to co źle zrobił. Zadzwoniłem do niego i zaproponował mi cenę 250zł za robotę (nie ukrywam, że to był decydujący argument jeśli chodzi o jego wybór) no i powiedział, że zamówi mi sprzęgło firmy Axle (350zł). Wtedy też zdałem sobie, że suma pieniędzy wydanych na naprawy będzie się równać 1/4 ceny jaką zapłaciłem za auto. Po szybkiej kalkulacji stwierdziłem, że utrzymanie tego auta za dużo mnie wynosi toteż chce je zrobić tak by jeździło i sprzedać w przeciągu kilku miesięcy. Umówiliśmy się, że robimy to auto "do żyda" i inwestuję w nie jak najmniej. Sam kupiłem sprzęgło (nowe!) firmy SRLine za (200zł). Oczywiście dobrane do silnika. 20 Marca: odstawiłem auto de mechanika i kupiłem sprzęgło. 25 Marca: odbieram auto od mechanika. Testujemy. Odpalam auto i coś dziwnie odpaliło, tak jakby dłużej mu ten proces zajął. Na desce nieustannie się pali lampka "check engine", a w powietrzu czuć benzynę ale nie przy silniku, a jakby w spalinach. Mechanik C (pracownik mechanika B) zajął się ogarnięciem lampki. Mówił, że to wina czegoś (chyba czujnika, ale nie pamiętam dokładnie) odpowiedzialnego za ciśnienie. Pomajstrował i zgasło. Ale cały czas miałem dziwne wrażenie że silnik nie chodzi tak jak kiedyś. Głupi nie monitorowałem obrotów więc ciężko powiedzieć jak to wtedy wyglądało. Uregulowałem rachunek i cieszyłem się autem. Nie długo... 27 Marca: rutynowe zakupy. Odpaliłem auto i pojechałem do sklepu 1. 10min i wracam do auta, odpalam i jadę do sklepu 2. Znów 10 min postoju i powrót do auta by jechać do sklepu 3. Odpalam auto i znów dziwnie odpaliła. Tak dłużej, ciężej i z "przytarciem" ale załapała. Pochodziła troszkę i zaraz zgasiłem by spróbować odpalić jeszcze raz. I tutaj zaczyna się cyrk. Za 2 razem odpaliła jeszcze gorzej, pochodziła i zgasiłem... 3 razu już nie było; z każdym kolejnym kręceniem kręciła ciężej i krócej aż w pewnym momencie było tylko "cyk", przymrużenie świateł i kontrolek, a na koniec cisza. Pierwszy telefon: mechanik B. Diagnoza: obluzowane kable na rozruszniku, możliwe poruszenie przy zmianie sprzęgła. Dawaj na warsztat to Cię podreperujemy. Zadzwoniłem po kolegę by przyjechał odpalić Corsę na kable ale jednak kolega ich nie miał. Odpaliła na popych. Rzekłbym że opornie. Chciałem włączyć radio ale na monitorze przy zegarze pojawił się napis "safe" Pojechałem prosto do mechanika B. Przy wjeżdżaniu do warsztatu zgasło mi auto (sprzęgło wysoko łapało niż poprzednio więc jeszcze nie miałem go rozpracowanego). Odpaliłem ale znów z trudem. Wsadziliśmy auto na podnośnik i okazało się, że rozrusznik w ogóle nie był ruszany, ale poprawił kable i opuściliśmy na dół i zaczęliśmy szukać pod maską. Mechanik B oraz Mechanik D (pracownik MB) zaczęli rozmyślać nad tym co się spierdzieliło. W pewnym momencie przystali na mój pomysł z alternatorem. Mechanik D zaproponował by sprawdzić napięcie akumulatora i na mierniku ukazał się wynik 13,5 V (mierzone na włączonym silniku) co mechanik B podsumował słowami "powinieneś mieć minimum 14,2 V czyli nie dostaje ładowania. Nawet jak gazujesz to rośnie ale nie osiąga 14,2". Zostaliśmy przy opcji "alternator". Krótkie rozeznanie i dostałem wycenę + propozycję rozwiązania. Mechanik B zaproponował regenerację alternatora (pamiętał o moim "do żyda" więc odradził mi kupno części nowej lub używanej). Wg. niego to powinno załagodzić ten problem ale... poinformował mnie, że akumulator wygląda na oryginalny więc uznał, że jak ten dziadek dostanie więcej napięcia to może się "rozpaść". No i taka sytuacja- regeneruję alternator to uwalam akumulator, kupuję nowy akumulator to alternator go wykończy. Pozostaje zregenerować część i kupić nową baterię. Wracam do domu i gadam z ojcem, który polecił mi stary sprawdzony sposób: odłączyć klamę od akumulatora przy włączonym silniku (myślę, że sposób znany więc nie będę się rozwodził nad nim). Razem z samoukiem A zaczęliśmy majstrować przy aucie i jak się okazało zdjęcie klamy nie skutkowało wyłączeniem silnika. Co więcej robiliśmy pomiary napięcia akumulatora w różnych opcjach i wyniki były różne. Przedstawię zakres i na ile pamiętam jaki był tryb. 11,5 V (po odpaleniu na popych, włączony silnik) 12,27 V (sam akumulator po odpięciu od auta) ~12,5 V (nie pamiętam dokładnie ale chyba na włączonym silniku jak trochę pochodził) 13,5 V (odczyt u mechanika B) Sprawdzaliśmy też kable od masy. Wydawały się być w porządku. Nawet zrobiliśmy własną masę akumulator-silnik i mierzyliśmy napięcie ale cholerka nie pamiętam. Chyba 13,8V. Z samoukiem A próbowaliśmy użyć jeszcze innego akumulatora o tych samych parametrach. Jakiś stary dziadek, napięcie na wskaźniku 12,72V. Po podłączeniu auto nawet nie zakręciło ale wydało dźwięk, który do złudzenia przypominał warczenie psa, który stoi za drzwiami. Dalej podłączony akumulator-dziadek był mierzony i napięcie spadało sukcesywnie (pamiętam odczyt 12,38V) Dzień skończył się na tym, że auto zostało na noc u kolegi, a następnego dnia miał podładować akumulator prostownikiem. Co zaobserwowałem tego dnia, zwłaszcza po majsterkowaniu z samoukiem A: ​przymrużenie światła na podsufitce i spadek mocy pracy nawiewu w momencie gdy gazowałem auto na jałowym biegu; wahania obrotów od 1100RPM do 900RPM. Raz nawet spadły same obroty tak nisko, że auto zgasło. Co do samych obrotów; zawsze na jałowym miała 1000RPM. Zawsze. Dlatego obroty na poziomie 1100RPM/900RPM uważam za odstające od normy. Raz przy odpalaniu zatrzepało całym silnikiem, nie byłem w środku więc nie widziałem obrotów ale na pewno nie były jednomierne, potem się uspokoiło Raz przy odpalaniu widziałem potężną iskrę pod silnikiem. Stałem przy lewym kole z przodu i patrzyłem się na bok silnika (tak o, niczego nie wypatrywałem) i wtedy zobaczyłem ogromną iskrę w głębi silnika. Nazwałbym tą iskrę łukiem elektrycznym niż iskrą wytworzoną przez ocieranie się np. części metalowych. Pomimo licznych prób nie zaobserwowałem jej drugi raz. Jak nigdy samochód zaczął niesamowicie kopcić. Ale nie był to dym "olejowy" ale normalny biały dymek (jestem przekonany na 90%, że to para). Dodatkowo wydech zaczął wypluwać z siebie jakąś ciecz, bardziej woda bo potem nie było po niej śladu na kostce. 28 Marca: kolejny dzień zmagań. Akumulator został podładowany i wskaźnik pokazywał 12,7V. Auto odpaliło ale też troszkę dziwnie. Zaintrygowały mnie kontrolki, które lekko przygasały w momencie zapalania (czego nigdy nie robiły). Dalej światło i wentylator dziwnie pracowały jak gazowałem na jałowym + "safe" nadal obecne na wyświetlaczu. Po pierwszym odpaleniu na naładowanym akumulatorze obroty utrzymywały się na na poziomie 1100RPM i coś się włączyło. Co? Najmniejszego pojęcia nie mam. Wyło jak stary odkurzacz Zelmera. Nigdy tego nie słyszałem. Potem to coś się wyłączyło i obroty spadły do 1000RPM/900RPM ale nadal rosły same i opadały. Samą tą część sfotografowałem i dodam do załączników. Do tego wszystkiego doszedł dym, który zagęścił się jeszcze bardziej i ciecz, która była jeszcze zmieszana z czymś tłustym bo większość wyparowała, ale były plamy na kostce które zostaną tam na długi czas. W chwili obecnej auto odpala ale inaczej. To tyle jeśli chodzi o historię. Z rzeczy dziwnych i nie wiem czy istotnych to powiem jeszcze, że auto zaczęło mnie kopać. Zawsze przy wysiadaniu dostanę iskierkę w palca. Kwestia rzeczy czy zdartych przewodów? Nie wiem. Jeszcze jedną rzeczą która mnie martwi to spalanie... Średnie zużycie paliwa na 100km to 10,5l. Bez kitu. Ja wiem, że mam zły sposób jazdy ale nawet na eco-drive zmniejszam spalanie do 10l... Jedyne pocieszenie, że jak raz zalałem do pełna (46l) to zrobiłem na tym prawie 600km (spalanie 7,8l/100km) ale większa część to była trasa (choć długo jechałem ponad 110km/h-dziwne). Tak czy siak wydaje mi się, że spalanie na takie małe auto jest zbyt duże i nie wiem jak mam je ogarnąć. Nie wyrabiam już na benzynę i auto, a jeździć muszę 60km dziennie... Czego oczekuję od Was po tych wypocinach? Pomocy, wskazówki, rady... Niestety za naprawy płaci mój ojciec i wymaga ode mnie bym je naprawił. Dla mnie to bezsens ale on nalega. Marzeniem jest dla mnie koszt naprawy tego auta w zakresie 2000zł-2500zł bo wtedy wiem, że auto zostanie sprzedane. Choć z drugiej strony to moje pierwsze auto więc mam sentyment i szkoda mi też się jej tak pozbyć. Chciałbym wiedzieć czy ktoś miał podobnie? Czy to jest opłacalne (naprawa)? Czy jest sensowe? Kogo możecie mi polecić do pomocy z okolic Wrocławia? Błagam, pomóżcie! EDIT: przypadkiem wydmuchałem nos w chusteczkę, w którą wycierałem bagnet przy sprawdzaniu oleju. Nie wiem jak zwyczajowo pachnie olej silnikowy, ale ten zdecydowanie zaciągał benzyną...
Partnerem serwisu: Fabryka kart plastikowych LiderKarty
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.